Na to, żebym rozpoczęła studia w Wyższej Szkole Dziennikarskiej namówiła mnie babcia. A właściwie tę naukę mi zasponsorowała. Kiedy zaczynałam szkołę, nie miałam planów, by zostać dziennikarzem. Właściwie przez cały czas marzyłam, żeby uczyć dzieci języka polskiego. Ponieważ studiowałam już polonistykę, dziennikarstwo w WSD było dla mnie drugim kierunkiem, właściwie zabawą.
Ale okazało się, że ta zabawa przerodziła się w wielka pasję i miłość do pisania. Ale wcześniej przyrzekłam sobie, że na zajęciach nie będę się odzywać. Żadnej aktywności. Już na pierwszych zajęciach milczałam jak zaklęta. Do czasu. Kiedy rozpoczęły się zajęcia z warsztatu dziennikarza prasowego, cały plan wziął w łeb. Nie udało mi się utrzymać języka za zębami. Było zbyt ciekawie, a ja z natury gaduła, nie wytrzymałam.
Zajęcia z red. Pawłem Chromcewiczem, teraz dziekanem, były doskonałą szkołą sztuki dziennikarskiej. My pisaliśmy teksty, a on tłumaczył, co w nich jest nie tak. Jak powinny wyglądać, żeby ktokolwiek zechciał je czytać. Nauczyłam się co to jest lid, jak pisać informacje a jak komentarze. I po co właściwe są tytuły.
Ale poznawaliśmy nie tylko tajniki zawodu dziennikarza prasowego, ale także radiowca i dziennikarza telewizyjnego. I mimo że studia trwały tylko trzy lata, to nauczyłam się bardzo wiele. Na tyle dużo, że moje początki w pracy nie były bardzo ciężkie. Wiedziałam jak szukać tematów i jak je potem opisać. A to chyba najważniejsze. Gdyby nie szkoła, z pewnością byłoby dużo, dużo trudniej.