Jak słyszę jak moi koledzy opowiadają o tym, że studia uznają za czas stracony to się po prostu dziwię. Trzy lata spędzone w Wańkowiczu zawsze będę wspominać bardzo ciepło. „Bawić się” w bycie dziennikarzem zaczęliśmy już na pierwszym roku. Przyznam, że początki nie były łatwe. Pierwszy numer "Karafki", który przygotowywaliśmy ze starszymi rocznikami, powstawał w wielkich bólach. Wstyd się przyznać, ale na początku, wycinaliśmy i kleiliśmy kawałki tekstu na makietę. No, ale zabawa była przednia.
Już w październiku, zaraz po rozpoczęciu studiów, zapisałam się z koleżanką Magdą na praktyki w Kurierze Lubelskim. Naszym pierwszym zadaniem było zrobienie krótkiej sondy. Przygotowanie kilkunastoakapitowego tekstu zajęło nam cały dzień, a Artur Borkowski, nasz opiekun i pełniący wtedy funkcję zastępcy redaktora naczelnego pociął nasze wypociny i kazał wszystko jeszcze raz poprawić. Chaos i zamieszanie, jakie panowało w redakcji trochę nas przytłoczyło więc oswajanie się z profesjonalnym dziennikarstwem postanowiłyśmy odłożyć na inny termin. Potem były też studenckie praktyki w kilku innych redakcjach, żeby po kilku latach znowu wrócić do... Kurierka.
Ja zawsze będę powtarzać, że Wańkowicz od początku przygotowywał nas do życia w tym fachu. Wszyscy wykładowcy mówili, że nie możemy dawać za wygraną już na starcie i czekać na okazję z założonymi rękami. Mieli rację, w końcu w podstawówce moja polonistka załamywała nade mną ręce: Dziecko, co z ciebie wyrośnie? Takie ładne wypracowania, ale ta ortografia...
Przyznam szczerze, że z „tą ortografią” do dziś jestem na opak.